piątek, 27 marca 2009
Kłócić się z Bogiem

Ewangelia uczy, że zbawienie pochodzi od Żydów (J 4,22), więc zacznę od szmoncesu. Icek modli się o wielką wygraną na loterii, na co Pan Bóg przypomina nieśmiało: - Icek, daj mi szansę, kup los...

Dalej już nie o handlu, o modlitwie. Ukazał się już jubileuszowy, dwunasty tom „Encyklopedii Katolickiej". Dzieło Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego wszelkiej wiedzy pełne, nie tylko kościelnej, dotyczącej wszystkiego, co się z religią kojarzy. Otóż ów tom zaczyna się od hasła „Maryja", kończy zaś „Modlitwą". Kilkadziesiąt wielkich szpalt o modlitwie w różnych religiach i wyznaniach, w Biblii i literaturze polskiej...

Rozpędziwszy się bibliograficznie, przypominam również, iż M (jak miłość) wydało przed rokiem Doroty Szczerby „Praktyczny leksykon modlitwy". No i marcowa „Więź" nosi tytuł „Modlitwa jako droga", a na tej drodze autorzy z całkiem różnych parafii.

Z modlitwą jest problem, że to może i dialog, ale żeby nie był monologiem, trzeba umieć go prowadzić. Ba, trzeba wierzyć, że ma sens. Jest o tym oczywiście też w „Więzi". Zbawienie od nich pochodzi, więc zacytuję intelektualistę żydowskiego Konstantego Geberta, publicystę skądinąd od spraw całkiem świeckich, piszącego o polityce w „Gazecie Wyborczej" pod pseudonimem: Dawid Warszawski. Otóż tłumaczy on różne formy modlitwy, także tej „proszalnej":

„Czy Bóg nie wie, powiedzmy, że moja żona jest chora, a ja i pozostali moi bliscy pragniemy jej zdrowia? A jeżeli wie, to dlaczego nic Go to nie obchodzi? Miałoby być tak, że dopiero, jak Go poproszą, żeby wyzdrowiała, On z łaski spuści jej niebiańską penicylinę? Groteska. W takiego Boga również nie wierzę. (...) Bóg wie lepiej, jednak i ja wiem swoje. Wiem, że może w Bożym planie jest przyczyna, dla której moja żona jest chora. Mam jednak prawo nie godzić się na to." W tradycji hebrajskiej jest kłótnia z Bogiem, owszem. A tradycja to stara i święta.

piątek, 20 marca 2009
Spór o księdza Popiełuszkę

Nie przypuszczałem, że mój felieton sprzed paru tygodni wywoła jakąś polemikę. Myślałem naiwnie, że ksiądz Jerzy po 20 latach od upadku komunizmu jest postacią bezdyskusyjną, że dyskusyjna jest tylko ówczesna postawa wobec niego prymasa Glempa i wielu księży.

Tymczasem twierdzenie mojego współpasażera, że Popiełuszko zginął za politykę, nie za modlitwę, które mnie tak oburzyło, wcale nie odeszło w siną dal. Nadal ludzie tak myślą, różnie zresztą argumentując. Nie znajduje zrozumienia coś, co wydawało mi się oczywiste, że nie jest „polityką” mówienie prawdy o reżymie totalitarnym, mówienie, że jest on dogłębnie zakłamany. Że nie była „polityką” walka słowem, cichym słowem księdza Jerzego, o prawa człowieka, które są prawami Boga. Zaskoczył mnie szczególnie czytelnik, który znał Popiełuszkę ze spotkań prywatnych i stąd, że był jego katechetą. Otóż czytelnik uważa, że był on za mało kapłański. O co mu chodzi? Nie o to, że – jak mi opowiadała znajoma lekarka – pozwolił sobie na gest Kozakiewicza, mówiąc jej o esbekach. Pewnie to rzeczywiście nieelegancko i może nawet nieetycznie. Bo też Popiełuszko nie był bez skazy i – wbrew temu, co mi napisał czytelnik – wcale tak nie wygląda w filmie. Jest tam na przykład trochę próżny, zbyt chętnie daje się portretować. Czytelnikowi podpadł ksiądz, bo grał z uczniami w piłkę, a na lekcjach wciąż się śmiał. Ależ to było przecież cudowne duszpasterstwo! Cudowny duszpasterz akademicki we Wrocławiu, dzisiejszy biskup senior w Zielonej Górze, legendarny „Harnaś”, też grał z młodzieżą w piłkę, rzucał się od razu na boisko, nawet nie zdejmując piuski. Gol nie grzech, śmiech nie grzech. Same nie wystarczą, nie są warunkiem dostatecznym, nawet i koniecznym – ale pomagają, nie szkodzą w dobrym księżym duszołówstwie.

piątek, 13 marca 2009
Kropidło, prawidło, pstrąg

W lutowym „Przeglądzie Powszechnym” dyskusja „Polak-katolik - szansa czy zagrożenie dla nowoczesnej polskości”. Czy w Polsce Roku Pańskiego 2009 Kościół rzymskokatolicki panoszy się nadmiernie, czyli czy jest nienowocześnie. Pod przewodem redaktora „Przeglądu” Sebastiana Dudy wymieniają poglądy redaktor kwartalnika „44/Czterdzieści i cztery” Nikodem Bończa-Tomaszewski, prowincjał jezuitów Dariusz Kowalczyk i Adam Leszczyński z „Gazety Wyborczej”. Wyjmę z tekstu Leszczyńskiego jedno twierdzenie i skomentuję po swojemu.

Według niego sprzeczne z nowoczesnością, czyli z prawidłami demokracji, jest między innymi to, że „trudno sobie wyobrazić uroczystość państwową bez katolickiego księdza albo otwarcie mostu bez jego poświęcenia”.

Temat ma tyle lat, ile nasza demokracja. Rzeczywiście zaczęła się od swoistej sakralizacji, kropidło poszło w taki ruch, że wnet co głębiej myślący katolicy zaczęli pytać, komu to wychodzi na dobre. Bo nie Kościołowi (katolickiemu), któremu żądni kościelnego poparcia politycy niechcący robią gębę nieznośnego natręta.

Rośnie jednak gęba dalej, albowiem też wielu duchownych uważa, że świat robi się świętszy, gdy ksiądz coś wygłosi, każe się pomodlić albo jego myśli grzecznie posłuchać. Uważa, że w życiu duchowym jest jak w komputerze: naciskasz ikonkę (czyli święty obrazek) i efekt murowany.

Poświęcenie to nie magia, ale modlitwa, i ma sens, nawet wielki, ale nic na siłę. Gdybym był księdzem, poproszony o religijny występ najpierw zapytałbym petenta, czy aby na pewno życzy sobie tego cała reprezentowana przezeń populacja. Gdyby się upierał, nie kazałbym mu spadać, tylko powiedziałbym: poświęcę, ale w towarzystwie duchownego innego wyznania. Niech takowego znajdzie i skutecznie zaprosi. Będzie ekumenizm, nie będzie wrażenia, że pcha się potężny Kościół, którego wszędzie pełno.

Tyle myśli zwariowanego ekumenisty. A dlaczego w tytule pstrąg? Bo to przecież ryba, symbol chrześcijaństwa przez pierwsze trzy wieki, kiedy jeszcze nikt nie kojarzył go z religijnym nachalstwem.

czwartek, 05 marca 2009
Prawdziwy smok księdza Popiełuszki

Jadę autobusem na Ursynów, siada koło mnie starszy pan - i zaczyna wygadywać. Najpierw na telewizję, że nic tam ciekawego, politycy okropni, potem konkretnie na Wałęsę - i wreszcie na księdza Popiełuszkę: gdyby się modlił, nie politykował, nie zginąłby. Wkurzył mnie ten głos Urbana po tylu latach - zapytałem faceta, czy zatem dobrze, że go zabili, czy może sam by go zabił. Przesiadł się zbity z pantałyku.

27 czerwca 1984 r. spotkałem księdza Jerzego na imieninach u biskupa Miziołka. Zacząłem mówić, że miło mi poznać tak sławnego człowieka - i nagle zrozumiałem, że odezwałem się bardzo głupio - sława ciążyła mu już strasznie. Zachowywał się jak zaszczute zwierzę - podszedł do solenizanta i powiedział, że jest on jego jedynym obrońcą.

Wspominam to nie po to, żeby rozważać relacje między Popiełuszką a prymasem Glempem, który - jak sam przypomniał, grając siebie w filmie na temat męczennika - posądzał go początkowo o pogoń za sławą. Drażni mnie pewność lustratorów, przekonanych, że w tamtych czasach byliby nieomylni. Chcę tylko tym wspomnieniem wytłumaczyć, że ksiądz Jerzy nie był żadnym showmanem. Nie miał w ogóle tupetu - ksiądz Stanisław Tkocz, nieżyjący dziś niestety redaktor naczelny „Gościa Niedzielnego”, mówił mi, że zapamiętał, jak ten kapelan warszawskiej „Solidarności” na jakimś księżym spotkaniu w każdej kolejce stawał na końcu.

Nie walczył z ludźmi, tylko z systemem. Bez krzyku, spokojnie, bez cienia nienawiści, którą uważał za ciężki grzech, upominał się o prawdę. Jeśli była to polityka, to bliższa modlitwie niż jakiemukolwiek partyjniactwu. Gdy trybuna sejmowa nie służy prawdzie, musi zastępować ją ambona. Tylko wtedy, ale wtedy powinna.

Święty Jerzy na świętym obrazku walczy ze smokiem - warszawski święty tego imienia walczył z potworem nieprawdy - i odniósł za grobem oczywiste zwycięstwo.

janturnau.blox.pl

jan.turnau@agora.pl

sobota, 14 czerwca 2008
Ścierką kościelną być
Jak być członkiem Kościoła, gdy widzi się mnóstwo jego wad? Trzeba starać się, by było ich mniej.

W czerwcowej ”Więzi”, w tekście kardynała Mariana Jaworskiego wstrząsająca modlitwa innego biskupa, błogosławionego Jerzego Matulewicza: ” Jeśli wolno prosić, to daj, Panie, abym w Twoim Królestwie był jak ścierka, którą wszystko wycierają, a po zużyciu wyrzucają gdzieś w najciemniejszy, ukryty kąt. Niech i mnie tak zużyją i wykorzystają, aby tylko w Twoim Kościele przynajmniej jeden kącik był lepiej oczyszczony, aby tylko w Twoim domu było czyściej i schludniej. Niech mnie potem rzucą gdziekolwiek, jak tę brudną, zużytą ścierkę.”

Kardynał Jaworski komentuje: ”Nie od każdego z nas wymaga Bóg, byśmy się stali «ścierką» w Jego Kościele. Ale każdy z nas, na swój sposób, według własnych możliwości, winien się starać o to, by w Kościele było czyściej i schludniej. Przed każdym z nas stają pytania: Czy kocham Kościół? Na czym polega moja miłość do Niego? Czy nie stoję z boku, przyglądając się biernie i tylko «mając za złe»? Na czym polega moje świadectwo, że jestem w Kościele?”

Kusi ”tumiwisizm”, machnięcie ręką na to, że kazanie długie i nudne, że katecheta też beznadziejny. Boimy się, że ksiądz albo nauczyciel przyjmie krytykę jako niemal bluźnierstwo, nawymyśla zamiast pomyśleć, czy krytyk nie ma racji. Ale trzeba koniecznie być ścierką, plama sama nie zejdzie. Inna rzecz, że winni są nie tylko księża i katecheci. Jeśli jesteś uczniem, odważ się powiedzieć głównemu rozrabiaczowi na ”religii”, żeby nie był chamidłem. To też będzie służba Kościołowi.
wtorek, 20 maja 2008
My, komuniści

W czwartek Boże Ciało, a cały miesiąc jest pełen pierwszych komunii.
Znak wydał ładnie ilustrowaną przez Marię Gromek książkę „Dla dzieci o mszy świętej", dziełko pióra Justyny Kiliańczyk-Zięby i ojca Leona Knabita. Autorzy starają się wytłumaczyć „małolatom" ten dziwny obrzęd. Nie potrafię ocenić, czy robią to skutecznie, wiem jedno: sprawa jest ciężka. Język kościelny dzieli od mentalności dziecięcej niemal przepaść. Zresztą też od naszej, dorosłej, dwudziestopierwszowiecznej. A już wiara w rzeczywistą obecność Jezusa w opłatku...
Pasjonujemy się polityką, pełno jej wszędzie. Nie powinna paskudzić świątyni, chyba jednak nie zrobię sam czegoś podobnego, jeśli spróbuję powiedzieć o komunii świętej w taki jakby polityczny sposób.
Zbieżność językowa między obrzędem chrześcijańskim a ustrojem ateistycznym nie jest przypadkowa. Tu i tam chodzi o jedno, mianowicie o wspólnotę, łacińską „communio". Tyle tylko (oczywiście: aż tyle!), że ustrój w istocie dzielił ludzi, świadomie kłócił, a sakrament - łączy. Oczywiście nie wbrew przyjmującym. Muszą się trochę duchowo wysilić, żeby połączył ich, najmocniej jak można, Jezus Chrystus.
Co to właściwie znaczy, że jest On tu obecny, nie tyle w opłatku, ile w całym obrzędzie? Dyskutują nad tym od wieków teologowie różnych wyznań i teraz, gdy w ogóle chrześcijanie starają się jednoczyć, też w tej kwestii widać większą wspólnotę poglądów, do niedawna bardzo rozbieżnych. Dobrze, że się dogadują, bo brak wspólnych poglądów w sprawie tej wspólnoty to już zaprawdę wstyd!

Jan Turnau 

czwartek, 24 kwietnia 2008
Jan zwany św. Markiem
Dzisiaj w Kościele rzymskokatolickim święto. Dzień bardzo ważnego autora - mianowicie św. Marka. Jego Ewangelia jest co prawda najkrótsza, więc mniej bogata w informacje niż pozostałe, ale zwięzłość to też zaleta. A we wstępie do naszego ekumenicznego przekładu ks. Michał Czajkowski napisał coś, co wiele tłumaczy: „dzieło Markowe nie tyle przekazuje nam doktrynę, ile pokazuje dramat".
Co wiemy o św. Marku z Pisma Świętego? Ewangelia jego imienia podaje szczegół wielce obrazowy: „Wtedy wszyscy, porzuciwszy Go, uciekli. A pewien chłopak szedł za Nim w prześcieradle narzuconym na gołe ciało; gdy go chwycili, wyskoczył z prześcieradła i uciekł nago" (14, 50-51). To, że bohater wydarzenia jest anonimowy, mogłoby świadczyć właśnie o tym, że był on samym autorem (ewangelista Jan też nie chwali się nigdy, nie podaje, że o niego samego mu chodzi).
Na pewno zaś Marek był synem Marii, której dom służył zalążkowi Kościoła za miejsce zgromadzeń, i krewnym (siostrzeńcem?) Barnaby. To pokrewieństwo sprawiło, że towarzyszył Pawłowi i Barnabie w pierwszej podróży misyjnej - ale nie pomogło, żeby uczestniczył w następnej, bo podpadł Pawłowi tak, że Barnaba go nie wybronił. Później jednak przeprosił się z Pawłem i podróżował z nim znowu. Musiał go bardzo lubić Piotr, bo w swym pierwszym liście nazywa go swoim synem.
Sam jednak w Dziejach Apostolskich, inaczej niż w innych księgach, nazywany jest Janem zwanym Markiem. Przez co - nie tylko przez krótkie pisanie - jest mi bliski, bo od bierzmowania jestem Markiem, a że nikt mnie tak nie nazywa, nie moja to wina.
czwartek, 03 kwietnia 2008
Apostołowie idiotami...?

Jestem sekretarzem biblistów trzech wyznań, przekładających Nowy Testament. Nie I sekretarzem - nie rządzę nimi, broń Boże! Uczeni profesorowie - ks. Michał Czajkowski, prawosławny arcybiskup Jeremiasz i pastor Mieczysław Kwiecień - rządzą tekstem sami. Moja znajomość greki, w szczególności biblijnej, jest słabiusieńka: piszę, co każą. Co najwyżej walczę, by tekst był po prostu zrozumiały dla zwykłego Polaka. No i jestem ich spinaczem: organizuję kolejne spotkania.

A przy okazji uczę się. Po przetłumaczeniu czterech ewangelii i kilku listów różnych apostołów zabraliśmy się do Dziejów Apostolskich - i tu dla mnie niespodzianka.

Oto święci Piotr i Jan stają przed Sanhedrynem - i cóż o nich czytamy w świętym oryginale? Po polsku, że „są ludźmi niepiśmiennymi i prostymi" - w porządku, ale w grece ich prostota wygląda okropnie: mamy przymiotnik „idiotai"... Zawinił czas: zmienia wszystko, także sens słów. „Panta rei" - powiedział ktoś też po grecku.

Wydaliśmy już dziewięć tomików, ostatni, Dzieje Apostolskie i List do Rzymian, w Bibliotece „Więzi". W „Więzi" - ze stosownym błędem: w rozdziale 26 Dziejów Apostolskich werset 29 brzmi „oprócz tych więźniów", a mają być więzy. Nostra maxima culpa!

Jan Turnau 

A Paweł był więźniem nieraz, o czym z tej książki dowiedzieć się można. Zrobiliśmy z niej rzecz o tym genialnym człowieku. Dzieje Apostolskie to w dużej mierze jego biografia, a List do Rzymian jest jego głównym tekstem teologicznym, zatem rzecz nazywa się „Paweł apostoł - dzieło i myśl". Zawiera też wiele naszych własnych tekstów i jest godna lektury, amen!
czwartek, 14 lutego 2008
Duchowna dola
Kupiłem sobie nowy numer kwartalnika dla księży „Pastores". Warto poczytać. Jest tam dużo o księżach, którzy z kapłaństwa odchodzą. Oczywiście w Kościele rzymskokatolickim: tytuł czasopisma nie znaczy, że mowa o duchownych protestanckich: ”pastor” to po łacinie pasterz, duszpasterz.

W skali globalnej w tym moim Kościele zjawisko się zmniejsza. W latach 1970-4 odeszło 53 procent wszystkich księży i to był szczyt, bo w ostatnich 15 latach mamy już tylko ok. 12 procent. W Polsce jednak wygląda, że jest bardzo źle, bo dopiero teraz sprawa stała się bardzo głośna. Paru księży odeszło z hukiem.

I ten huk mnie martwi, bo odejścia nie cieszą. Tym ludziom chodzi o to, żeby wytłumaczyć swoją decyzję, co jakoś rozumiem - ale też, żeby powiedzieć, że Kościół musi się zmienić. Otóż wydaje mi się, że o wiele trudniej zmieniać cokolwiek od zewnętrz; także z zewnątrz struktury kościelnej, którą ksiądz opuszcza zrzucając sutannę.

Na tym kończą się moje żale do byłych duchownych. A zaczynają się pretensje do ich byłych zwierzchników.

Przeczytałem książkę aktualnego księdza Piotra Dzedzeja pt. „Porzucone sutanny" (Znak 2007). Podtytuł: „Opowieści byłych księży" - zaprawdę ponure. Tragiczny jest los niektórych z nich po odejściu, czasem wręcz bezdomność, i równie wołająca o pomstę do nieba jest czasem niedola, która ich wygoniła z duchownego stanu.

Odbywa się kościelne marnotrawstwo. Odchodzą z kapłaństwa czy nawet z Kościoła księża wybitni. Nie są bez winy, ale o każdym z nich można by powiedzieć, że pewnie zostałby w duchownych pieleszach, gdyby tylko był mierny i bierny.
czwartek, 24 stycznia 2008
Paweł, patron podejrzanych

Pitek to dzień człowieka niesamowitego: apostoła Pawła.

Swoje główne święto ma 29 czerwca, wraz z apostołem Piotrem, ale dziś wspomina się w Kościele katolickim najważniejsze wydarzenie jego życia. Mówi się o nawróceniu, ale to określenie niedobre. Kojarzy się z przejściem od świństwa do świętości, a on przecież nie był bynajmniej podły, gdy zwalczał zalążek Kościoła: myślał uczciwie, że tak trzeba. Nie nawrócił się, ale odwrócił o 180 stopni. Z Jezusem, który przemówił do niego w jedynej w swoim rodzaju wizji mistycznej, nawiązał nagle więź niebywale silną. I z tą samą szaloną energią, z którą przedtem prześladował chrześcijan, zaczął teraz głosić zbawczą moc takiej więzi duchowej.

Oczywiście wzbudził podejrzenia niedawnych prześladowanych, że jest tajnym współpracownikiem władz żydowskich. A gdy przekonali się do niego chrześcijanie, zaczął wzbudzać wściekłość niechętnych im Żydów. No cóż: normalna niedola konwertyty.

Niedola jego była tym większa, że nie poprzestał na samym głoszeniu nowej religii. Zaczął zabiegać o to, żeby przyjmowali ją także poganie. W tym celu zaprawdę ją zrewolucjonizował: uznał, że tylko Żydów obowiązuje święty znak obrzezania.

Ale żeby chociaż antysemitom dał spokój... Nie wytrzymywał, by nie zaznaczać jednak, że Żydzi są nadal narodem wybranym, że religia żydowska jest korzeniem chrześcijańskiej itd. itp. (List do Rzymian, rozdziały 9-11).

Podobno jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził. O Pawle można powiedzieć raczej, że nie dogodził nikomu. Poza Tym, który go powołał wtedy w drodze do Damaszku.

Jan Turnau

 
1 , 2 , 3 , 4